W zachodniej części Chojnowa, miasta leżącego na ważnym szlaku komunikacyjnym, w grodzie pamiętającym XII wiek, wznosi się niewielki zameczek. Wybudowany na ziemiach, które weszły w skład Królestwa Czech, stanowił punkt kontrolny przy chojnowskim odcinku Wysokiej Drogi. Był świadkiem wielu wydarzeń historycznych: widział najazd husytów, kilka niewielkich pożarów, słyszał szczęk oręża maszerujących przez gród wojsk napoleońskich. W jego murach znaleźli nocleg: Napoleon, car Aleksander I, król pruski Fryderyk Wilhelm III, generał Kutuzow ze sztabem. Nadszarpnięty zębem czasu, doczekał się opiekuńczej ręki i dziś, w jego sędziwych murach mieści się przepiękne muzeum, perła naszego miasta. Wystarczy otworzyć zamkowe podwoje, a dawny świat nie będzie miał przed nami tajemnic. Prawda przeplata się z fikcją, malując najdziwniejsze obrazy z przeszłości…

Dawno, dawno temu, około roku 1370, na chojnowskim zamku panował książę Ruprecht, syn Henryka IX. Wysokiego wzrostu, o szerokich rozmiarach, mocnym głosie i twardym spojrzeniu, budził w ludziach lęk i nieufność . Nikt z mieszkańców grodu nie śmiał zbliżyć się do surowego i srogiego pana. Niejeden wolał znosić krzywdę i niesprawiedliwość, niż pokazywać się przed jego obliczem.

Powiadali ludzie, że w dalekim, zamorskim kraju książę pokochał i pojął za żonę piękną pannę, jakową księżniczkę. Jednak jego szczęście nie trwało długo, bowiem zmożona tajemniczą chorobą księżniczka zmarła tuż po porodzie, osierocając córeczkę – Marię. Ruprecht nie mógł się podzielić ze śmiercią ukochanej żony i nawet ta maleńka, słodka istotka nie była w stanie ukoić jego bólu. Wyruszył więc w świat, a dziewczynkę oddał na wychowanie swemu ojcu.

Książę długo tułał się po świecie. Brał udział w najkrwawszych wyprawach, szukając zapomnienia w gwałtownych i dzikich, walkach, sprawiając wrażenie człowieka, który igra z losem. Nie miał przyjaciół, stronił od ludzi, wiódł życie samotnika. Sam straciwszy szczęście, nie życzył go nikomu. Dlatego ludzie bez potrzeby nie leźli mu przed oczy.

Po piętnastu latach zmagań ze sobą, ze swoimi wspomnieniami, wrócił Ruprecht na chojnowski zamek i mimo, iż ból w sercu trochę stępiał, nadal wiódł samotne , pozbawione radości życie. Jedyną osobą, dla której w twardym sercu książęcym tliła się iskierka dobroci i miłości, była córka Maria. Często o niej myślał, a wtedy jego oczy rozjaśniał ciepły blask. Książę postanowił sprowadzić ją do domu.

Młoda dziewczyna, teraz już szesnastoletnia panna, wniosła nowe życie do smutnego zamku. Piękna, beztroska, wesoła, szczera, rozsiewała dookoła słoneczny blask. Zręczna i gospodarna bez trudu zakrzątnęła się około zamkowych komnat i kuchni. Zawsze pogodna, dla każdego miała dobre słowo. Zamkowa służba i załoga uwielbiała ją. Nawet książę rozpogodził się z czasem, a jego czas nie brzmiał już tak ostro i surowo.

Wieść o miłej, młodej pani szybko rozeszła się pośród mieszczan. Coraz śmielej przychodzili na zamek, ale ponieważ bali się jeszcze oblicza surowego pana, swe prośby przedstawiali za pośrednictwem Marii. Dziewczyna umiała tak jakoś sprawami pokierować, że prawie wszystkie załatwiane były pomyślnie.

Czas mijał niepostrzeżenie, dni upływały szczęśliwie i żadne znaki nie zapowiadały zmian. Tymczasem wiosną 1428 roku husyci napadli na Chojnów. Zaskoczeni mieszkańcy bronili się zaciekle, a książę z załogą robił, co mógł, aby uchronić ludność przed napastnikami. Większość mieszkańców próbowała ratować swe życie, uciekając z miasta przez Furtę Łaziebną. Husyci tylko na to czekali, pochwycili ich, po czym bez zbędnych ceregieli ucięli im głowy, które następnie wyrzucili przez furtę poza mury miasta. Podpalili miasto i odjechali. Tylko popiół i zgliszcza znaczyły ich drogę. Najazd przeżyło ledwie kilkunastu mieszczan, którzy schronili się w wieży kościelnej.

W całym tym zgiełku wywołanym napaścią husytów, nikt nie zauważył zniknięcia Marii. Książę przekonany, że jego córka jest bezpieczna, zajął się usuwaniem zniszczeń i przywracaniem porządku w grodzie. Dopiero na drugi dzień zorientował się, że przez cały czas ani razu nie widział dziewczyny. Zaalarmowana służba i załoga przetrząsnęła każdy, nawet najodleglejszy kąt w zamku. Po Marii ślad zaginął. Poszukiwania wykroczyły poza mury zamku. Gruchnęła smutna wiadomość po okolicznych wioskach. Mieszczan i wieśniaków ogarnął niewypowiedziany smutek. Po miesiącu poszukiwań stracono już wszelką nadzieję na odnalezienie Marii. Książę Ruprecht popadał w coraz większe odrętwienie. Kochał swoją córkę nad życie, ale była to miłość wielce zaborcza. Odrzucał każdego zalotnika, gdyż żaden nie był godzien jego córki, najchętniej nie wypuszczałby jej od siebie na krok. Teraz został znowu sam i na dodatek nie wiedział, co mogło przydarzyć się jego pięknej Marii. Chociaż… czegoś zaczął się domyślać.

Te domysły potwierdził wieśniak z okolicznego Zagrodna, który wyznał księciu, że widział pannę, jak z rycerzem Swolo Bożywojem galopowała na koniu w stronę odległego o kilkanaście kilometrów zamku Grodziec. A jak do tego doszło?

Otóż Swolo często odwiedzał chojnowski gród, a kiedy poznał Marię, przyjeżdżał niemal codziennie. Zdarzało się, że siadał pod lasem nieopodal zamku, wyciągał lutnię, grał długo i zapamiętale. Wsłuchiwała się w te dźwięki subtelne, a tęskne dziewczyna, mając serce niezmiernie czułe na wszystko, co dobre i piękne, zakochała się w tych pieśniach. Często wychodziła na łąkę, siadała w pobliżu grajka i wsłuchiwała się w urzekające melodie. Pod wpływem dźwięków mistrzowskiej gry, zrodziła się miłość i czułość niezmierna. Oboje młodzi odczuwali wspólny rytm ich młodych, gorących serc. Toteż nieraz splatały się ich dłonie, nieraz wyszeptywali słowa, krzesane w największych tajnikach dwojga kochających się serc. Postanowili się pobrać.

Któregoś dnia Swolo Bożywoj poprosił księcia o rękę jego córki. Dla młodych upragniona chwila stała się klęską, która zaciążyła na całym ich dalszym życiu. Ojciec zdumiony zuchwałością młodziana, kazał wyrzucić go z zamku, zaś Marię postanowił wydać za mąż za bogatego księcia, z którym często polował. Panna związana węzami miłości z młodym rycerzem wzbraniała się wyjść za człowieka, którego nie znosiła i który nie był miły jej sercu. Rozpacz dziewczyny nie miała granic. Nie spała, nie jadła. Nie widząc innego wyjścia z sytuacji, obmyśliła i przygotowała ucieczkę. Tragiczny najazd husytów tylko ją ułatwił.

Nadszedł dzień ślubu. Na zamku w Grodźcu urządzono ucztę weselną. Raz po raz napełniano puchary, pijąc zdrowie młodej pary. Grono gości bawiło się wesoło, jednak dla Marii nie była to pełnia szczęścia. Jakaś niezmierna bladość okryła jej lica, a smutne myśli wywołały zmarszczkę na czole. Myślała o swoim ojcu. Było jej bardzo smutno.

Tymczasem ojciec pozostał niewzruszony w swoim uporze, ale też nie było mu dane zaznać spokoju. Wyrzuty sumienia topił w winie, lecz nie uciszało to gryzących go myśli. Zmarł samotny i nieszczęśliwy.

Po śmierci swego teścia, ów poczciwy udzielnym księciem został, i wraz z żoną ,i dziatkami, i całym ludem poddanych był tak szczęśliwy, że tego ani piórem opisem opisać, ani bajką wybajać.

Komentarze do wpisu